14.08.2009 Cmentarzysko mamutów
- Wyginęły?? Przecież to nie były mamuty!
Tak, na wieść jaka przyszłość spotkała producentów aut, którymi zwykł się poruszać, mógłby zakrzyknąć wybudzony z hibernacji miłośnik motoryzacji zamrożony około lat sześćdziesiątych/siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Oczywiście pod warunkiem, że miłośnik ów przed zamrożeniem byłby mieszkańcem zgniłego zachodu.. Podczas, gdy po jedynie słusznej stronie żelaznej kurtyny narody krajów demokracji ludowej wydawały na świat Trabanty i Syrenki dostępne tylko dla nielicznych szczęśliwców, kraje objęte planem Marshalla konsumowały co wyprodukowały i produkowały by zaspokoić głód konsumpcji. Dotyczyło to również motoryzacji. Auta popularne, luksusowe, sportowe, do wyboru, do koloru. Jedynym ograniczeniem była zasobnoścć portfela klienta. Właśnie na fali tego ogromnego zapotrzebowania bogacących się szybko po wojnie społeczeństw powstała niezliczona ilość wytwórni i manufaktur pojazdów.
Jednak duża liczba marek, które w ówczesnych latach były obecne na ulicach Berlina czy Paryża nie przetrwało próby czasu.
niektóre ewoluując zmieniły nazwy czerpiąc garściami z tradycji poprzedników,
jeszcze inne po wielu fuzjach, podziałach i przejęciach dotrwały do dziś, choć ich przyszłość niekoniecznie maluje się w różowych barwach a wspólczesne produkty nieraz aż biją po oczach brzydotą.
Takie mniej więcej refleksje błąkały się po mojej biednej głowie gdy wszedłem na teren Autofriedhof Gürbetal.
Ale zacznijmy od początku.
Przeglądając ClassicAuto natknąłem się na wzmiankę o cmentarzysku starych samochodów w okolicy Bern. Niestety, jak wynikało z notatki, złomowisko miało zostać zlikwidowane, gdyż zagrażało środowisku (SIC!) i niestety data likwidacji już upłynęła. Cóż, za późno!
Jednak w kolejnym numerze z radością odnalazłem informację, że datę egzekucji przesunięto na 31 sierpnia. Szybki rzut oka na kalendarz i decyzja: jedziemy tam w weekend. Dosyć łatwo znalazłem stronę
stronę www.autofriedhof.ch
i wypełniłem formularz pytając o możliwość wizyty. Brak odpowiedzi. Ponowiłem próbę, tym raze zamiast języka Szekspira i Britney Spears posłużyłem się mową ojczystą Tomasza Manna i Josefa Fritzla. Ponownie brak reakcji. Trochę zmartwiony takim stanem rzeczy nie miałem jednak zamiaru rezygnować. Tym bardziej, że w planie mieliśmy też inne atrakcje w tej okolicy.
Piątek był dniem stojącym pod znakiem mocnych wrażeń. Pierwsza część wyprawy, choć niezwiązana z samochodami nastroiła nas bardzo pozytywnie. Rozentuzjazmowani wsiedliśmy do przepaskudnego Renault Modus (które, choć w to trudno uwierzyć, jest w środku jeszcze brzydsze niż na zewnątrz) i pomknęliśmy na spotkanie z historią motoryzacji.
Pogoda dopisywała, humory również. Już po drodze mieliśmy okazję spotkać kilku interesujących Brytyjczyków.
Stadko stojące grzecznie w małej wiosce czekało na adopcję, ceny zaczynały sie od około 8 tyś. CHF za MG do 28 tyś. za Rollsa.
Wkrótce dotarliśmy do miejscowości Kaufdorf, gdzie znajdować się miało cmentarzysko. Zatrzymaliśmy się koło budynku, który wydał nam się bramą owego dobytku.
Niestety, wywieszone godziny otwarcia informowały, że przybytek zamknięto przed piętnastoma minutami, czyli o 18-tej. W dodatku zatrzymał się koło nas jakiś osobnik w golfie (i nie chodzi tu bynajmniej o rodzaj swetra) i opryskliwie rzucił, że już zamknięte. Humory zważyły nam się momentalnie.
Strapieni udaliśmy się na obchód posesji. Coś tu się nie zgadzało. Jakieś małe to podwórko. Przełamując wrodzoną nieśmiałość zapytałem ludzi pijących w pobliskim barze piwo czy wiedzą gdzie znajduje się Autofriedhof. Wąsaty pan odparł, że wie ale niestety atrakcja ta jest już od kilku tygodni niedostępna dla zwiedzających. Uprzejmie zapytał skąd przybywamy i kiedy słyszał, że polskie nas wydało plemię wyraźnie się ożywił. Wytłumaczył drogę i kazał pójść do właściciela. Być może w drodze wyjątku pozwoli nam wejść na teren złomowiska. Podziękowaliśmy i udaliśmy się we wskazanym kierunku wcześniej fotografując autko zaparkowane pod barem.
Po kilkuset metrach ukazał się naszym oczom niezbity dowód na to, że wreszcie trafiliśmy.
Postanowiliśmy jednak najpierw dla pewności obejść posesję. Nie mogło być żadnych wątpliwości, byliśmy u celu. Gdy tak spacerowaliśmy nadjechał mój wąsaty rozmówca na motocyklu enduro i, chyba myśląc, że go nie zrozumieliśmy ponownie polecił nam udać się do właściciela obiektu. Sam zostawiwszy motocykl znikł za furtką. Po chwili wyszedł z przesympatyczną dziewczyną, która z uśmiechem przywitała nas słowami:
- Cześć! Jesteście z Polski?
I nie czekając aż otrząśniemy się z zaskoczenia otwarła furtkę zapraszając do środka. W ten sposób zamiast wydać 13 CHF per capita i podążać wyznaczoną ścieżką weszliśmy za darmo i mogliśmy łazić wszędzie. A także włazić wszędzie.
Już pierwszy rzut oka na panoramę szrotu sprawił, że zmiękły mi kolana.
To było po prostu piękne. Klasyki pokryte patyną, rdzą i florą przez lata wtapiały się w krajobraz aby stać się jego doskonale zharmonizowanym elementem.
Wielu z aut nigdy nie widziałem, ba!, nawet nie słyszałem o istnieniu takich marek.
Bardzo dużą część eksponatów stanowiły ogromne pojazdy amerykańskie.
Po początkowym oszołomieniu zacząłem systematyczne poszukiwania Fordów. Nie były najliczniejszą marką, jednak kilka udało się wyłuskać.
Znalazłem pięć Mustangów. Dominował typ Eleonor z remaku "Gone in 60 seconds" z Mikołajem Klatą.
Znalazła się jednak również Mach jedynka jakby żywcem z oryginału. Oczywiście w obowiązkowym złotym kolorze.
Tuż przed nią stało niebieskie Capri MK I. Jedyne Capri na szrocie. Drzwi pasażera nosiły wyraźne ślady spotkania z przeszkodą, zaś wnętrze służyło za składzik.
Silną grupę stanowiły Taunusy M.
12M
17M P3
17M/20M P5
Odgrzebałem też zwłoki Zefirka.
Oraz truchło Korsarza
Tuż obok stał pojazd znany m.in. z powieści pani Rowling.
Żadnego Dziobaczka, Cortiny ani Granady nie ujrzałem.
Na koniec dowiedziałem się co się dzieje ze sprzętem szwajcarskiej armi gdy zakończy on służbę,
a także odkryłem dokąd trafiły radiowozy zniszczone w końcowej scenie Blues Brothers.
Kilka starych dwókołowców spoczywało w towarzystwie czterokołowych zwłok.
Kiedy zmęczony trzygodzinnym łażeniem opuszczałem cmentarzysko zaczęło się już ściemniać. Na odchodne zaczepił mnie właściciel szrotu, pytając czy posiadam jakiś ciekawy pojazd. Odparłem, że jestem właścicielem Forda Capri i... zaczęło się.
Na początek okazało się, że sympatyczny Szwajcar jest posiadaczem Capri MKI RS. Niestety auto było garażowane gdzie indziej. Nastąpiła długa wyliczanka obecnie posiadanych klasyków, a także tych, które przewinęły się przez jego ręce. Ferrari 250GTO, Lamborghini Miura , Corvette Stingray (sześć sztuk!), to tylko niektóre z nazw jakie padły przy tej okazji. Widząc moje zainteresowanie podniósł się z leżaka, na którym chłonął ostatnie promienie zachodzącego słońca i zaproponował przechadzkę po domu.
Już w sieni stał przepięknie odrestaurowany szwajcarski motocykl z lat dwudziestych ubiegłego stulecia oraz drugi, czekający na restaurację.
Właściciel uruchomił grającą szafę jakby dostarczoną wprost z planu filmu Grease i oczywiście rownie wiekową jak to wiekopomne dzieło kina moralnego niepokoju. Za podświetloną szybką ukazał się wysięgnik z czarną płytą, do której zbliżyła się igła i po chwili rozległy się charakterystyczne miękkie trzaski gramofonu. Następnie z głośników popłynęła muzyka lat pięćdziesiątych. W międzyczasie właściciel zademonstrował nam srebrne buty na piętnastocentymetrowym koturnie, w których był na koncercie Hendrixa.
W kolejnych pomieszczeniach znajdowała się kolekcje zabytkowych Ducati
I spora liczba motocykli wyścigowych.
Na suficie wisiały maszyny służące ojcu gospodarza podczas wyścigów na żużlu.
Wszędzie stały modeliki aut, na ścianach wisiały różne automobilowe bibeloty i plakaty z wielkich imprez, jak Monte Carlo czy Migle Miglia. Daty na nich sugerowały, że ich zwycięzcy prawdopodobnie już zostali pochowani a dumny właściciel zarzekał się, że to oryginały.
Pomimo ubogiej znajomości języka niemieckiego kolejną godzinę spędziłem na absorbującej rozmowie. Na koniec dowiedziałem się, że za dwa dni, to jest w niedzielę, zabytkowe Maseratti będzie ujeżdżane przez właściciela na górskich próbach. Oczywiście skwapliwie zapisałem termin i miejsce rajdu i ruszyliśmy zmęczeni ale zadowoleni z powrotem do Zurychu, po drodze napotykając śliczne Capri MKII. Po krótkim pościgu udało mi się zatrzymać zaskoczonego właściciela i mogłem na własne oczy zobaczyć Capri Turbo May z oryginalnym przebiegiem 18 tysięcy kilometrów.
Kierujący pojazdem młody człowiek dostał auto w prezencie przed dwoma tygodniami od wuja, który Capri zakupił w salonie.
PS. Historia złomowiska nie zakończy się happy endem. Decyzja jest nieodwołalna i prawdopodobnie we wrześniu większość aut (jeśli nie wszystkie) pójdzie do huty. No ale nie ma co rozpaczać, przestaną przynajmniej zatruwać środowisko :/.
PPS. Wszystkie zdjęcia (i dużo więcej) w lepszej rozdzielczości można znaleźć
tutaj
autor: młody_wFe