31.05.2008 Grill u Bogdana

Po powrocie ze Spring Open w wFe zapanowała atmosfera marazmu i rozleniwienia. Ci, którzy byli w Konarzynach spędzili ze sobą wystarczająco dużo czasu aby mieć siebie na jakiś czas dosyć, ci którzy nie dotarli na spotkanie organizowane przez 3M nie chcieli się dodatkowo dołować wysłuchiwaniem entuzjastycznych relacji nielicznej reprezentacji wFe.
Stan ten trwał do końca maja, kiedy to Szkodnik rzucił hasło –zróbmy grilla!
Odzew był porażający. Zgłosił się Bogdan i piszący te słowa Młody. Mijały kolejne dni, weekend zbliżał się ogromnymi krokami a jakichkolwiek konkretów trudno było wypatrywać we wrocławskim wątku spotkań na forum Capri.pl.
Wreszcie w piątek trzeba się było wziąć w garść i ustalić szczegóły. Metodą głosowania niejawnego udało się wyłonić godzinę i miejsce spotkania, jeszcze tylko kilka telefonów do maruderów, kilka smsów do obiboków i parę wiadomości na gg do bumelantów i pozostało stawić się w umówionym miejscu o umówionej porze, czyli o 16 na parkingu pod Halą Ludową (zwaną też Halą Stulecia).

zdjecie zdjecie zdjecie
zdjecie

Miejsce spotkania było na tyle dobre, że zdecydowało się na nie również kilka tysięcy miłośników szczypiorniaka, którzy oblegli wszystkie miejsca parkingowe w promieniu 5km. Z tego powodu zmuszeni byliśmy spotkać się na podwórzu u Milo i zakłócić mu spokój, tak ważny podczas przygotowań do obrony pracy magisterskiej.
Pierwszym sukcesem grupy mobilizacyjnej było pojawienie się Zoggona. Niestety nie przyjechał budzącym postrach (również u kierowcy) Dziobem a Sierrą. Mimo to został nadzwyczaj ciepło przyjęty- ostatecznie liczebność zlotowiczów wzrosła 0 33,[3]%!
Wskoczyliśmy do rozgrzanych majowym słońcem kokpitów naszych wspaniałych maszyn i pomknęliśmy w kierunku słońca, tam gdzie diabeł mówi dobranoc, ku nieznanemu, czyli do Jelcza-Laskowic.

zdjecie

Tam oczekiwał nas Bogdan, który obiecywał jakieś agroturystyczne atrakcje. Do Jelcza dotarliśmy bez przygód, Bogdan przywitał nas nie wysiadając z auta i kazał za sobą podążać. Wkrótce ujrzeliśmy niespodziankę: na sporym placyku młodzież oddawała się z ludyczną rozkoszą wprowadzaniu swych tylnionapędowych bolidów w tzw drift. W akcji była właśnie Manta B, której kierowca sprawiał momentami wrażenie, że wie co robi. Okazało się, że sympatycznych manciarzy zdarzyło nam się już poznać na jakimś spotkaniu, zatem bez skrępowania zapytałem tego, który stał na parkingu co jest przepisem na tak łatwe wprowadzanie Manty w nadsterowny poślizg (trzeba przyznać, że czyniła to bez wysiłku). Odpowiedź brzmiała 2,4litra + zaspawany most. Niestety po przejeździe Manty ekipa drifterów się zmyła. Wobec powyższego ponownie ruszyliśmy za Bogdanem, tym razem do jego posiadłości, po drodze zahaczając o sklep z nieodzowną na każdym grillu kiełbachą.
W międzyczasie zadzwonił Remon i zapowiedział, że się zjawi. Czyli było nas już pięciu! Po chwili zapowiedział się Tachu i tym sposobem liczba zlotowiczów osiągnęła zawrotną wartość sześciu osób.
Zaparkowaliśmy przed domem Bogdana i udaliśmy się na podwórze w celach konsumpcyjno-pagawędkowych. Niestety Zoggon miał, jak to określił, „ważne spotkanie biznesowe” i zmył się dosyć szybko. W zamian wkrótce dotarli Remon i Tachu. W tym momencie przed domem Bogdana stała już imponująca kolekcja Fordów: dwa kombi Bogdana: niebieski z czarną tylnią klapą i zieloną z czarną maską, Blondyna Remona, złotobrązowy sedan Tacha, mój Karawan, Sierra Zoggona i jedyne Capri- Szkodnika .

zdjecie zdjecie zdjecie
zdjecie zdjecie zdjecie zdjecie

Gdyby dobrze poszukać nie było takie całkiem odosobnione: na podwórzu stał jeszcze czarny Capri Bogdana.

zdjecie zdjecie

W sumie było siedem samochodów zgodnych z profilem wFe. Impreza była kameralna ale w niczym to nie przeszkadzało. Tachu rzucał swoimi drętwymi grypsami na prawo i lewo reszta towarzystwa się z nich śmiała, żeby mu sprawić przyjemność. Co jakiś czas swoją obecnością zaszczycał nas Pan Wojtek, ojciec Bogdana. Remon jak zwykle siedział cicho i tylko od czasu do czasu dorzucał coś od siebie a Szkodnik daremnie próbował przerwać słowotok Tacha aby wtrącić swoje cztery grosze. Ja co chwila raczyłem towarzystwo celną ripostą, błyskotliwym komentarzem bądź żartem na wysokim poziomie.

zdjecie zdjecie zdjecie zdjecie

Czas mijał nam wesoło głównie na słuchaniu opowieści Bogdana i Tacha z lat młodzieńczych a trzeba przyznać, że nie byli to grzeczni chłopcy. Zachmurzenie rosło i gdy po odległych grzmotach i błyskawicach poczuliśmy na skórze krople deszczu przenieśliśmy się z grillem do stodoło-garażu.

zdjecie zdjecie zdjecie

Tam zaprezentowałem podręczną trumienkę własnego wyrobu.

zdjecie zdjecie zdjecie zdjecie

W międzyczasie dołączył do nas sympatyczny młody człowiek ujeżdżający na co dzień pojazd marki BMW. Z tego powodu nieszczęśnik ów był obiektem niewybrednych żartów ze strony Tacha, który tejże marki nie darzy specjalną sympatią.
Wszystko co miłe szybko się kończy- ani się obejrzeliśmy a było już po północy. Jako, że do tej godziny gospodarz alkoholu na stół nie postawił, stwierdziliśmy, że czas wracać do domów. Remon, Szkodnik i ja pożegnaliśmy resztę ekipy i pomknęliśmy w kierunku Wrocławia. Tu nasze drogi rozeszły się, Remon pojechał na północ miasta, ja na południe a Szkodnik wyruszył do Wałbrzycha, gdzie pobiera nauki.
Spotkanie oprócz wymiaru rozrywkowego przyniosło wstępne, mgliste ustalenia co do wspólnego wypadu wFe na łono przyrody. Miejmy nadzieję, że uda się to zorganizować.

autor: młody_wFe

Powrót


Copyright by Vaax All rights reserved ®