Dla niektórych z nas była to pierwsza podróż w takim konwoju (nie licząc korków w mieście) i wcale nie należała do najłatwiejszych. Ogólnie przeszkadzały nam drobne usterki. To był jakiś licznikowy pogrom, bo prawie we wszystkich autach nie działały prędkościomierze. Jako jedyny – działający licznik miał Tazzman ale nie można go było puścić przodem, bo by nas od razu zgubił. Ze średnią prędkością 140/h nie dałoby się jechać taką kawalkadą. Przynajmniej nie tam, gdzie jest autko z niezupełnie dotartym silnikiem (moje) oraz ze źle ustawionym mostem, dzięki czemu latało bokami przy większych prędkościach (również moje). Jako posiadacz najsłabszego autka, powinienem jechać jako pierwszy ale niestety brak blachy z przodu i nie zawsze działające światła przekreśliły ten pomysł na wstępie. Ale szybko, bo już w okolicach Trzebnicy, dotarliśmy się i nauczyli jak jechać, żeby było dobrze.
Pierwszego puściliśmy Zoggona, bo podobno miał niezbyt dobrze działającą skrzynię (choć i On nam kilka razy uciekał na trasie) a ostatniego na czujkach wystawiliśmy Tazzmana. Obaj mieli CB, żeby się nawzajem ostrzegać przed jakimś zagrożeniem ale coś było nie tak z zasięgiem (zamiast kilku kilometrów wynosił kilka metrów!) i owszem, mogli ze sobą porozmawiać ale tylko wtedy, gdy jeden siedział drugiemu na zderzaku. Komicznie to trochę wyglądało, bo jak Tazzman chciał coś przekazać Zoggon’owi, to musiał się przedzierać przez pięć aut do przodu a trochę to trwało. Ale później kulturalnie wszystkich przepuszczał i karawana jechała dalej.
Obawialiśmy się głównie niebieskich, bo zatrzymanie nas wiązało się niechybnie ze stratą czasu, w Poznaniu bowiem mieli czekać na nas ludzie z PCK. Nie wspominam nawet o ewentualnych mandatach za stan techniczny pojazdów, który dla niektórych nie mógłby być zadowalający. Dlatego jechaliśmy bardzo grzecznie, bez wygłupów i z dozwoloną prędkością. Można nawet powiedzieć, że było tak porządnie, że można było z nudów umrzeć. Szczególnie jak ktoś nie ma radia (również moje autko – i to jako jedyne w stawce.. Wstyd). Rozrywka pojawiła się dopiero w Poznaniu. Trochę poszaleliśmy zajmując większość pasów ruchu.
A dosłownie kilka minut później siadła nam na ogon policyjna suka i bardzo szybko znalazła sobie ofiarę. A raczej ofiara sama się podłożyła.. – Młody przejechał na czerwonym świetle nie chcąc zgubić kawalkady. Rozrywka to to może była – dla nas, ale budżet Młodych uszczuplono na kilkadziesiąt złotych. Jak? – może kiedyś znajdziecie to w cyklu „Policja z nami czy przeciw nam”.. Wtedy sądziliśmy, że pechowcem zlotu został Młody.. ale nie uprzedzajmy faktów.
Poznaniacy z PCK czekali na nas zgodnie z planem. Kolejnych siedem aut.
Byłoby o jednego Forda więcej, ale Hrabiowy Essex nie nadawał się niestety na dłuższą trasę i został zamieniony na Corsę. Po przywitaniu (u niektórych zapoznaniu) się ze wszystkimi, zatankowaniu i drobnej przekąsce ruszyliśmy dalej. I to był już całkiem dłuuuugi konwój. Czternaście lśniących w słońcu klasycznych Fordów. Niepowtarzalny i trudny do opowiedzenia widok. To trzeba przeżyć. Wzrok ludzi, pokazujących palcami kawalkadę wolno sunących aut, mówił sam za siebie. Każdy oddałby wszystko, by być wtedy na naszym miejscu. Wszyscy stawali jak wryci a my mijaliśmy ich wolno czasem odmachując dzieciakom a czasem trąbiąc innym kierowcom, którzy gnieżdżąc się w swych plastikowych dupowozach pozbawionych linii, pokazywali nam kciuki w górę.
Granady dumnie niczym flota pancerna sunęły dostojnie a co jakiś czas wyłaniał się zza nich, wesoło mrucząć, jakiś Caprik. Oczywiście trzeba było też jakoś zabawić gapiów i dać im to coś, na co czekają zawsze dzieciaki jak widzą jakieś sportowe auto.. O to akurat postarał się Matuch z PCK swoją Granadą 2.9. Nie dość, że huczał niemiłosiernie prawie wolnym wydechem, to jeszcze palił laki spod każdych prawie świateł. Nie ma co pisać więcej.. Bo nie da się opowiedzieć wzroku zazdrosnych oczu kierowców plastikowych Golfów i Meroli odprowadzających nas gdy zjeżdżaliśmy na stacje i zapychaliśmy cały parking oblanymi chromami klasykami. Buzie śmiały nam się całą drogę. Pogody nie moglibyśmy sobie lepszej zamówić, humor dopisywał, autka sprawowały się bez problemu a atmosfera była bardziej jak na jakimś zjeździe rodzinnym niż na zlocie ludzi, którzy znają się głównie z wirtualnego świata. Dojechaliśmy cali i zdrowi po kilkunastu godzinach. Niestety trochę nas przetrzebiło po drodze i im bliżej byliśmy celu tym konwój był bardziej rozwlekły ale w końcu znaleźliśmy się wszyscy na pasie startowym w Konarzynach. Tam, już od rana, trwały porządki i przygotowania. Ustawiano TIR-a, ogradzano teren, podłączano nagłośnienie. Ekipa 3M wiedziała co robić, bo to kolejne SO pod ich patronatem.
Po przywitaniu z innymi Fordziarzami, pojechaliśmy wszyscy do ośrodka w Lipczynku w celach oględzin miejsca noclegowego. Słowo pojechaliśmy jest tu dużym nadużyciem. Bardziej przypominało to przeprawę, bowiem droga prowadziła przez las i była .. dosyć piaszczysta. Pierwsza załoga, która po niej przejechała zostawiała za sobą tuman kurzu długi na kilometr. Nie było osoby, która by nie marudziła jadąc przez ten (jak się później okazało) skrót a chyba najbardziej ja – bo nie posiadałem puchy powietrza z filtrem i bałem się zarżnąć silnik.
Humory powróciły tak szybko jak szybko pod kołami pojawił się asfalt. Ośrodek zapchaliśmy błyskawicznie. Oba parkingi tonęły w Fordach. Nasze Granady wyglądały zjawiskowo a najczęściej słychać było: „Aaalle wiiiidok! Nooo i jeszcze w kombi”.
Wieczorem zrobiliśmy sobie ognisko, które zakończyło się w godzinach porannych dnia następnego. Impreza minimalistyczna, jednak chyba najbardziej na świecie integrująca.
Nikt ze zgromadzonych nie przypuszczał jednak, że wśród grillujących jest nasza tajna broń, nasz czarny koń zlotu i czekających nas konkurencji sprawnościowych.. Młody spokojnie się posilał, nie tracąc zbędnych kalorii na śpiewy i kawały. Jak się później okazało – był to element strategii. Ale o tym mieliśmy dowiedzieć się dnia następnego.