Veni, Vidi, InVito, czyli historia mroziąca krew w żyłach.

Pierwsze od niepamiętnych czasów spotkanie wFe zostanie przez niektórych z nas zapamiętane na długi czas. Taaak, było ze wszech miar wyjątkowe. Zewsząd, jak grzyby po deszczu, pojawiały się kolejne niespodzianki. Ale zacznijmy od początku.
Jechaliśmy z Młodymi na wyznaczone miejsce spotkania, gdy zadzwonił do mnie Vaax. Tak, od razu dementuję plotki – Vaax żyje. Telefon był niespodzianką, owszem, ale to, co usłyszałem przez słuchawkę już zaskakujące nie było. Vaax wpadł na pomysł, żeby na spotkanko wFe przybyć autem, które sygnowane byłoby znaczkiem mającym najwięcej wspólnego z nazwą naszego nieformalnego klubu.

foto

Nie trzeba tu chyba dodawać, że owo auto, jakim był niewątpliwie Ford, nie chciało Vaax’owi odpalić. To akurat żadna nowość – coś się na zlociku stać musi, choćby nie wiem jaki ten zlocik miałby być mały. Zmiana trasy i 5 minut później wysypywaliśmy się z Carli na ratunek koledze. Okazało się, że piękna Grandzia w kombiaku, należąca do Szymona, zastrajkowała i nie chce odpalić.

foto foto

Szybka akcja i 10 minut później Grandzia mruczała do nas a do mnie nawet.. gadała. Nie, nie jestem „pod wpływem” pisząc ową relację. Mało się nie obsmarkałem doświadczając tego na własnej skórze, bo jeszcze żaden samochód do mnie nie mówił! A przynajmniej nie ludzkim głosem!
Kiedy Młody mieszał pod maską kablami, pożyczając prąd do wyczerpanego akumulatora, ja czaiłem się za kółkiem Grandzi w pogotowiu do trzymania jej na obrotach jak już zagada. Obsługa jak w pit stopie F1. Młody podniósł rękę, ja przekręciłem kluczyk.. i Grandzia zagadała a ja usłyszałem odgłos dzwonka jak na peronie w Wąchocku i głos niewiasty dochodzący spod deski rozdzielczej: „bim bom, nie zapomnij o zamknięciu drzwi” , „bim bom, nie zapomnij włączyć świateł”, „bim bom, nie zapomnij o ciśnieniu oleju”. Moją salwę śmiechu szybko przerwał Szymon wyjaśniając, że ten typ tak ma i że jeszcze lepszy jest ubaw jak sama wzywa policję.
Cała ta naprawa, choć krótka, była potrzebna i kształcąca. Ja dowiedziałem się, że są auta, w których, żeby dobrać się do akumulatora trzeba wyjąć tylną kanapę, Vaax – jak się powinno poprawnie odpalać drugie auto z kabli, Szymon – że accu przed włożeniem do auta trzeba jednak naładować, a dziewczyny – że dobrze jest wziąć ciepłe rzeczy z domu, bo jak jest zlocik to zawsze w końcu trzeba trochę odstać na dworze czekając jak chłopy kogoś zreanimują. Tak, czy siak, karawana ruszyła dalej w trzy auta.

foto foto foto

Na wzgórzu Andersa – następna niespodzianka, chociaż jak się okazało, tylko dla mnie – auto Wolff’a wylądowało w rękach Jarka, który kiedyś z tych rąk wypuścił srebrne Capri, które to zanabył drogą kupna Szkodnik, aby później… nieważne. Oprócz Jarka pojawił się też Curtis, który (o dziwo), jako jedyny się za mną stęsknił (sic!). Było to tym bardziej dziwne, że nie znałem gościa. Nie chcąc robić Mu przykrości przywitałem się „na misia” wyrażając wielką radość, że się w końcu poznajemy.

foto foto

Obaj „nowi” (o Szymonie nie wspominam, bo przejechaliśmy razem z ładne 3 km po Wrocławiu i już mu grzebałem w aucie, więc już obcy nie był) i tak zostali przyćmieni przez towarzyszkę Remona, która to była niespodzianką dla chyba wszystkich oprócz mnie (ha ha, ja poznałem Monikę miesiąc wcześniej). Uroczą niewiastę, Remon (świnia), ukrywał przed nami przez pół roku dopóki Go nie nakryłem razu pewnego na Wrocławskim Rynku.
Sądziliśmy, że niespodzianek dość a tu nagle – przyjechał Tazzman! Po kilku minutach, Fordem Picasso, doturlał się również Zoggon i to sprawiło, że frekwencja wyniosła równe 12 osób. Jeśli dodamy do tego Trzy Capri, Grandzię i Scorpio to już się robi całkiem niezły zlot!

foto foto foto foto
foto foto foto foto

Po zastraszająco szybkiej wzajemnej inspekcji aut oraz standardowym: „ile Ci pali”, „kiedy wyklepiesz bok” oraz „a Ty Młody – gdzie masz auto?” udaliśmy się do lokalu, z którego nas jeszcze nie wyrzucili.

foto foto foto foto

Padło na „In Vito” w Rynku. Na parking obraliśmy plac Nowy Targ i bardzo sprytnie, bez żadnych niespodzianek, dotarliśmy do miejscówki zajmując strategiczne pozycje i rozpierzchając się po okolicy w odległości jednej przecznicy od placu. Gdyby ktoś teraz, czytając to, pomyślał, że leję wodę, bo przecież można pominąć taką pierdołę jak udanie się do knajpy – niech od razu przyjmie do wiadomości, że żadne wyjście ze mną nie ma prawa odbyć się „ot tak/ po prostu/ niezauważone”.
Kiedy zaczęliśmy się znajdywać na kolejnej z przecznic, mijała nas grupka wyrostków, których lider, wyłoniwszy mnie z tłumu wyraził swoją opinię na temat mojej skromnej osoby. Chwiejny chód i bądź co bądź niezbyt pewne zmierzanie w kierunku zaparkowanego nieopodal Golfa pozwoliło mu jedynie na odniesienie się tylko do dwóch aspektów - fryzury oraz oryginalności mojego stylu bycia. I w sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, ot, kolejna taka osoba na mojej ścieżce, gdyby ów homo sapiens (ciut sapał, fakt) nie użył do wyartykułowania tych dwóch zdań słów będących powszechnie uważane za obelżywe. Skłamałbym, gdybym powiedział, że byłem jedyną zdziwioną osobą.
Curtis, z niedowierzaniem, jako pierwszy skomentował fakt mojej stoickiej postawy sądząc pewnie, że zaraz urwę jegomościowi głowę a z dupy zrobię jesień średniowiecza (chciałbym to zobaczyć! :P przyp. młody).
Miał prawo chłopak nie wiedzieć, że nie jestem zacofanym barbarzyńcą i wpierw zaprosiłbym ów gentlemana do domu, poczęstował herbatą a dopiero później wyrwał mu serce. Wypadek „mrozia” (w związku z małą zadymą, jaką mroziu zrobił na forum jego nick został użyty i przylgnął do jegomościa szukającego zaczepki, mroziu, bez urazy! ;) przyp. młody), jak to nazwaliśmy, od razu wykorzystał Młody dogryzając mi co chwilę, a reszcie grupy dostarczył pożywki energetycznej na następne kilka godzin. Ja na pocieszenie dostałem od Eli buziaki za opanowanie i niedanie się sprowokować, co w zupełności wystarczyło zwalczyć męską urażoną dumę i pozwoliło śmiać się z dresiarza. Zresztą.. nawet, gdybym chciał mu cokolwiek odpyskować a propos jego włosów, byłbym i tak z góry skazany na porażkę, bo … gość był kompletnie łysy. Nawiasem mówiąc bozia poskąpiła mu nie tylko czupryny, ale i wkładki pod czupryną.

Koniec końców, w dobrych nastrojach, dotarliśmy do knajpy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy kelnerko – barmanka najuprzejmiej jak tylko umiała, zaczęła nas wypraszać z lokalu i to jeszcze zanim wszyscy weszliśmy do środka! Po krótkim wykładzie na temat marketingu udało nam się z Moniką i Curtisem namówić panią do wyzbycia się wszelkich obaw do nas, jako grupy zorganizowanej, ale (sic.!) niezapowiedzianej odpowiednio wcześniej w grafiku lokalu, do obsłużenia nas.

foto foto foto foto foto

Jedzenie było smaczne, atmosfera miła, narzekań niewiele, obsmarowanie nieobecnych w normie, dokuczań sprawiedliwie i każdemu po trosze – słowem – sielanka. I nawet Basia, w całej swej wyrozumiałości, wypracowanej przy trudnej młodzieży, odpuściła pani kelnerce i nie zjadła biedaczki ani oczami ani zębami jadowymi złej Baśki, jaka w Niej czasem drzemie. Pod koniec biesiady opuścił nas Szymon a na Jego miejsce pojawił się Zoggon. Tazzman nie dojechał, ale to wiedzieliśmy, bo wcześniej się usprawiedliwił. Po „In Vito” udaliśmy się do kolejnego przybytku, tym razem serwującego napoje wysokoprocentowe, w celu.. jak to ujął Młody – „zbliżenia się”.

foto foto foto

Wylądowaliśmy w „Cegielni”, gdzie rzeczywiście bliskość nie była nam obca siedząc w ósemkę przy czteroosobowym stoliku. Curtis i Jarek nie dotarli. Niestety młody wiek nie pozwolił szlajać się po nocy po pubach z nieznajomymi (w tym z jednym z nietwarzową fryzurą oraz stylem mniej oryginalnym od członka „mrozia”). Pointegrowaliśmy się trochę, wypiliśmy co nieco i powoli wykruszając, zakończyliśmy wieczór. To było naprawdę udane spotkanko i kto nie był, niech żałuje!

Udając się z Elą do Carli zaparkowanej nieopodal, rzucił nam się pewien plakat na ścianie i dalibyśmy sobie głowę uciąć, że ktoś naszego wielkiego nieobecnego szukał listem gończym.. ale okazało się, że latarnie uliczne lubią spłatać figla.

foto

Z ostatniej chwili:
- Zlot odbył się pod patronatem „mrozia”, który to chyba natchnął wszystkich, chcących poznać posiadaczy wpisu „_wFe” w nick’u. Zorganizowali spotkanie i poznali oprychów. Teraz sami zadecydują czy chcą się z tą hołotą zadawać czy nie :)
- Jeśli chodzi o strajk Grandzi Szymona najbardziej prawdopodobny jest fakt, że po prostu nie chciała jechać na zlocik w towarzystwie BMW Vaax’a. Jak zobaczyła Carlę - od razu problem zniknął.
- Od razu dementuję jakoby problem zniknął dzięki Młodemu – jeszcze nic nie naprawił zaglądając po prostu pod maskę. A przynajmniej nikt nie jest tego w stanie udowodnić.
- Vaax, zapomniałem kopnąć Cię w dupę za głupie pytanie „czy można przyjechać na spotkanie nie Fordem”. Może trudno w to uwierzyć, ale się za Tobą stęskniliśmy i możesz wpadać nawet na hulajnodze.
- Nadal uważam, że dresiarz „mroziu” był podstawiony.
- Gdyby ktoś chciał mi dopiec i zwalić na mnie winę za wywalenie nas z knajpy dodam na swoją obronę, że kelnerko – barmanka nawet mnie nie widziała, bo wszedłem do knajpy, jako ostatni.
Poza tym jestem do tego przyzwyczajony: niektórzy za mną tęsknią (choć ich nie znam), inni mnie nie darzą sympatią (choć ich też nie znam) :D - Chcącym zaspokoić swoją ciekawość: dlaczego Tazzman nie dotarł do knajpy, powiem tylko tyle, że przedłożył wygląd zewnętrzny ponad jedzenie. Mógłbym to skwitować, jako syndrom Tacha i spodni za 5euro, ale i tak tylko nieliczni wiedzieliby o co chodzi, bo tylko nieliczni pamiętają ten komiczny dzień w garażu Zoggona. Niech więc zostanie to tajemnicą „Poliszynszyla”.
- Osobowością zlotu okazał się dziś… Szymon! Początkowo prowadził Jarek, za przytarganie do Wrocka kolejnego Capri, potem na prowadzenie wyszedł Curtis, kiedy pochwalił się ładną kierownicą, ale Szymon.. Szymon zakasował wszystkich! Gadająca Granada, choć super, to nie wszystko. Chłopak nie dość, że cichy i grzeczny, to jeszcze opuszczając nas pożegnał się ze wszystkimi i dodał, że z chęcią wprosi się drugi raz! Zobaczymy ile z tego prawdy, ale taka postawa imponuje. A Granadę ucz witać się z nami po imieniu :)
- Zaskoczeniem był również Vaax. Po pierwsze przyjechał, po drugie – był sam a po trzecie – nie miał koszulki z żabą i napisem „nie kumam” (a niektórzy byli pewni, że będzie weń odziany).
- Nikt się jednak nie zdziwił, że dostaliśmy od pani kelnerko – barmanki rabat 15%-owy. To akurat zasługa Eli, bo kiedyś wypatrzyła w tym lokalu taką zniżkę, o której jednak wzmianki w karcie nie ma :) Ela mi ten fakt przypomniała a ja szepnąłem kelnerko – barmance. Kto nie dał pani napiwku ten żyła! ;)
- Co do Curtisa to dostaje oficjalną naganę. Stęsknić to się stęskniłeś, misia na dzień dobry dostałeś, ale na dowidzenia to nawet ręki chłopie nie podałeś.
- Ktokolwiek spyta, dlaczego osobowością zlociku nie została Monika albo Ela albo Basia – odpowiadam: Nasze panie są naszymi No. 1 i są poza jakąkolwiek konkurencją jakiegokolwiek konkursu. Chwała im za to, że z nami w ogóle wytrzymują.
- Komukolwiek przyjdzie ochota na opowiadanie Monice o Blondynie niech się ma na baczności, bo Remon nie będzie zadowolony. Dziewczyna nawet Jej nie widziała i dobrze jest Jej żyć w błogiej nieświadomości. I niech tak zostanie.

autor: Milo

Powrót


Copyright by Vaax All rights reserved ®